czwartek, 15 lutego 2018

,,Nowe oblicze Greya" reż. James Foley (i kilka słów podsumowania tego szaleństwa)

źr. filmweb.pl


Nie będę tutaj dodawać notki informacyjnej, bo nie ma chyba osoby na tej planecie, która nie słyszałaby o Greyu i nie miałaby wyrobionego swojego zdania na ten temat. Do tej pory ja się powstrzymywałam przed wyrażeniem własnej opinii, ale nadszedł przez wielu upragniony czas, gdy do kin wchodzi ostatnia część, więc wydaje mi się to dobrym momentem na podsumowanie i powiedzenie Wam, co ja osobiście myślę o całym Greyowskim cyklu.

Zacznijmy jednak od filmu ,,Nowe oblicze Greya"
Normą jest u mnie, że to na ostatnie filmy hitowych produkcji chodzę do kina. Przykłady? Zmierzch - byłam w kinie tylko na ostatnim filmie, Igrzyska Śmierci - to samo. Ba! Nawet jeśli chodzi o Pottera, to w kinie widziałam tylko ostatnią część. Tradycji musiało stać się zadość i poszłam na ostatnią kinową część Greya - pierwszy i ostatni raz. 
Powiem tak - to chyba najlepsza część filmowa, ale nie obyło się bez szeregu idiotyzmów, więc nie ma się z czego cieszyć. Co więc sprawia, że uważam ten film za najlepszy? Przyznam, że sama do końca nie wiem. Może dlatego, że muzyka jest świetna. Może dlatego, że Ana ma super ciuchy, buty, a Grey wyprzystojniał (w pierwszej części wyglądał okropnie). Może dlatego że W KOŃCU COŚ SIĘ DZIAŁO i nie wiało tak okropnie nudą, chociaż były jednak momenty, że miałam ochotę na drzemkę. Może to niezła jakość obrazu i kilka ciekawych wstawek, jakich nie było wcześniej. Wybierzcie sobie odpowiedź.
Ogólnie rzecz biorąc to dobry film jeśli potrzebujecie się porządnie odprężyć, popatrzeć na ładnych ludzi i ładne miejsca i za dużo nie myśleć. Błagam jednak nie bierzcie do kina facetów... to największa głupota. Idźcie z przyjaciółką i bawcie się dobrze.
Niestety największą wadą kinowych Greyowych produkcji jest skrótowość i skupianie się nie na tych aspektach co trzeba. Tak, tak ja wiem że film to nie książka, książki Greyowskie nie są dobrym źródłem, ale moim zdaniem filmy mogłyby jednak się udać gdyby: zbudowano dobre portrety psychologiczne bohaterów, skupiano się bardziej  na tych poważnych sprawach, a nie krótko mówiąc na pierdołach nic nie wnoszących ani do filmu, ani w ogóle do niczego.
Scena gdy Grey wkracza do gabinetu Any, bo ona nie zmieniła nazwiska i  nie doszedł jego mail.... w tym momencie ten bohater dla mnie zupełnie upadł... czegoś tak głupiego w życiu nie widziałam. Jak ja współczuję Dornanowi, że musiał to zagrać.... Nie dziwię się, że kompletnie nie czuje tej roli, bo nawet jako aktorka nie chciałabym się w kogoś takiego wcielać. No nie. Na szczęście, więcej go w tej roli nie zobaczymy - to wielka pociecha dla każdej ze stron.
Warto wspomnieć również jak kiepski jest drugi plan w tej całej produkcji, co dobitnie widać w tym filmie. Nie dość, że w całej filmowej trylogii praktycznie nie istnieje, to jak tutaj pozostała młodzież  dostała świetną okazję, by się wykazać, pobawić rolami, to zachowują się jak na stypie, a nie młodzi ludzie na wakacjach. Dramat.

Podsumowując całość
Powieść E.L. James czytałam baaardzo dawno temu, gdy prawie nikt o Greyu w Polsce jeszcze nie słyszał, a książka tylko co się ukazała. Przeczytałam ją tylko dlatego, że zobaczyłam jakąś krótką zachęcającą  zapowiedź w jednej z gazet. W życiu bym wtedy nie pomyślała, że będzie na to taki szał.... Przyznaję się - pierwsza część wtedy mi się bardzo podobała. Zwłaszcza postać Greya - tajemniczego faceta. Ta tajemnica, to działało jak magnes na czytelniczkę (dobry zaczątek w pierwszym tomie, potem bohater przestał być interesujący). Drugą część czytałam długo, bo uważałam, że jest nudna jak flaki z olejem. Po trzecią sięgnęłam, gdy zaczynał się już kompletny szał i była mowa o ekranizacji - chciałam dokończyć serię.

Dlaczego moim zdaniem książki te osiągnęły tak oszałamiający sukces, a na rynku czytelniczym pojawiło się mnóstwo naśladowczyń James? Powodów jest kilka:
- pozostałość po fali ,,Zmierzchu" i zapotrzebowanie na nowy romans wszech czasów;
- motyw kopciuszka i księcia - od zawsze w wyobraźni płci pięknej;
- James opisała i wrzuciła do jednego worka wszystkie kobiece wyobrażenia, fantazje - te nierealne i nieosiągalne, ale tak miło sobie je przecież wyobrazić. Okrasiła to wszystko kontrowersyjnym tematem sado-maso, z którego w końcu nic nie pozostało, ale echo poszło już w świat i ludzie zaczeli gadać;
- trafiła po prostu w czas - znalazła się w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie, czyli miała ogromne szczęście.

Moim zdaniem wizerunek związku Any i Christiana jest szkodliwy i trzeba zdawać sobie po prostu z tego sprawę, a nie ślepo szukać sobie Greya w realnym świecie. Trzeba przestrzegać młode kobiety, że taki Grey nie istnieje i nie będzie istniał, kontrola w związku ma swoje granice, a to wszystko to po prostu bujda na resorach.
Moim zdaniem nie ma nic złego w tym, że ktoś lubi taką literaturę. Proszę bardzo, wolność Tomku w swoim domku, mamy wolną wolę, ale trzeba zachować do tego zdrowy dystans. Wszystko jest dla ludzi - ale z umiarem. 

wtorek, 13 lutego 2018

Lektury na Walentynki ❤ i nie tylko



Jestem bardzo ciekawa jak spędzacie to osławione miłosne święto - bo ja akurat w tym roku nijak. Walentynki wypadają w środę, więc nawet się z S. nie zobaczymy, bo każde z nas będzie w pracy ;p 
Za to w czwartek namówiona przez przyjaciółkę idę uwaga - na Greya, ale mam zamiar świetnie się bawić, a "recenzja" filmu pojawi się na blogu ^^ Mam nadzieję, że będzie dużo nowych fajnych ubrań i mebli w tym dziele 😏
 Co jak co (czyli nic więcej), ale ubrania i meble są tam bardzo fajne, przyznajcie.

A dzisiaj chciałabym polecić kilka książek wpisujących się w to osławione święto, ale nie tylko. Wszak romanse z przyjemnością czyta się przez cały rok. Oto moje top 3, czyli mała polecajka:

  • "November 9" - kto uważnie obserwuje mojego bloga ten wie, jaką miłością pałam do Hoover, a w szczególności do tej książki. Uważam, że historia w niej przedstawiona jest przezabawna, tragiczna i oryginalna. Do tego napisana w tak cudowny sposób, że ach serce się ściska, a emocje zmieniają się jak w kalejdoskopie. 





  • "Układ" - do tej pory jak przypomnę sobie tę historie, pojawia się na mojej twarzy wielki uśmiech. Garrett i Hannah - tej pary po prostu nie da się zapomnieć. To książka przezabawna, wciągająca, miła w odbiorze, z niegłupią, rozczulającą historią. Powielająca schematy, a jednak to  najlepiej napisana młodzieżówka jaką czytałam. Polecam z całego serca, będziecie na pewno zachwyceni. 



  • "Zimowa miłość" - dla odmiany polecam książkę o dojrzałej miłości, chociaż też nie do końca, bo akcja przeplata się tutaj z czasami młodości bohaterów. Wśród polskiej literatury, to po prostu perła. Książka napisana z pomysłem, autorka zgłębiła tematy o których pisze, niesamowicie nakreśliła bohaterów, oddała polskie realia, w których osadziła coś niesamowitego między dwojgiem ludzi. Żadnej sztuczności, literatura na światowym poziomie. Jestem zakochana w tej książce.





Dużo miłości Wam życzę

niedziela, 4 lutego 2018

Film: "Wyścig" reż. Ron Howard



Reżyseria: Ron Howard
Scenariusz: Peter Morgan
Biograficzny, Dramat
Premiera: 2013
Główne role: Chris Hemsworth, Daniel Bruhl

Raz na jakiś czas zdarza mi się obejrzeć jakiś film, który robi na mnie spore wrażenie. Może ktoś poszukuje dobrego filmu na leniwy wieczór. Ten zdecydowanie będzie dobrym wyborem.

Lauda/Hunt
Jest to film biograficzny opowiadający historię dwóch rywalizujących ze sobą kierowców F1 w latach 70. Zapewne niewielu czytających ten tekst jest fanami tej dyscypliny sportowej, ale zapewniam Was - nie będziecie zawiedzeni po seansie. To film o dwóch silnych i skrajnie różnych osobowościach. Wielkich rywalach, których ta rywalizacja nakręcała. Jeden bez drugiego, być może nigdy nie osiągnąłby sukcesu, żaden z nich być może nie sięgnąłby po mistrzostwo. Ich wzajemna niechęć miała jednak bardzo głębokie podłoże, relacja nie była czarno biała i o tym jest ten film.

Tylko wariaci kochają ten sport
Scenariusz opiera się na dwóch głównych bohaterach, ich miłości do samochodów i prędkości. A także do żony czy imprez. Dwie zupełnie różne postawy życiowe, a jednak miłość do F1 taka sama. Chris Hemsworth odwalił kawał dobrej roboty. Świetnie wcielił się w postać rozrywkowego, narwanego Hunta, jednak to Daniel Buhrl kradnie mu cały show wcielając się w despotycznego, egoistycznego, przemądrzałego, a jednak genialnego Laudę. To starcie psychologiczne tych dwóch postaci, nie wyścigi na torze najbardziej wbija w fotel. Ich losy tak podobne, a jednak tak różne. Wzajemna niechęć pomieszana z wzajemnym podziwem. I upór, który często prowadzi w ramiona śmierci. Brzmi to trochę hollywoodzko i już wiem, jak wyobrażacie sobie ten film, jednak będziecie bardzo zaskoczeni z jakim rozmysłem jest to przedstawione, jak każda scena, gest, słowo - wszystko to ma znaczenie i łączy się w niesamowitą opowieść, która pozostaje na długo w pamięci widza, o niesamowitych ludziach i pasji. Polecam.





i scena która mnie najbardziej rozbawiła ^^